Ocenianie cyfrowych adaptacji gier planszowych, w które nie dane było mi zagrać w wersji analogowej, jest nie lada wyzwaniem. Mam świadomość, że powinienem zwracać uwagę na jakość implementacji, jednak pierwsze spotkanie z mechaniką sprawia, że stają się one nierozłączne i wersja cyfrowa może niepotrzebnie oberwać za wady swojego pierwowzoru. W Charterstone zagrałem właśnie pierwszy raz na komputerze i poniżej postaram się pamiętać o tym, co napisałem powyżej.

Przede wszystkim planszowym Charterstone byłem zainteresowany, bo zaciekawiła mnie minimalistyczna okładka, a elementy wewnątrz wyglądały trochę jak komputerowe Settlersy. A mam do nich niemałą słabość. W końcu nie zagrałem, bo słyszałem różne opinie, z przewagą tych negatywnych. Co prawda już się nauczyłem, by tych opinii nie słuchać, bo mam sporo tytułów społecznie krytykowanych, w które gra mi się świetnie, to w gry kampanijne najlepiej grać w stałym gronie, a najłatwiej o takie grono we własnym domu. Moje gospodarstwo domowe liczy 2 osoby oraz psa i znowu docieramy do opinii, że w parze ta gra działa tak sobie. Dochodziła jeszcze kwestia legacy, do której długo miałem stosunek jak wegetarianin do burgera – jestem przekonany, że by mi się spodobało, jednak wmawiałem sobie co innego. Głównie krytykując jednorazowość, co nie jest prawdą, bo zwykle w takie gry rozgrywa się więcej partii niż standardowo.

Wracając jednak do cyfrowej adaptacji, spodziewałem się gry mocno zbliżonej do turowych strategii znanych z ekranów pecetów, oczywiście odpowiednio uproszczonej, pamiętając skąd się wywodzi. Moje oczekiwania zostały zweryfikowane, gdyż bez wątpienia, nie da się NIE rozpoznać tutaj planszówki. Wszelkie nasze działania zdają się żywcem przeniesione z planszy gry Charterstone.

Oczywiście w tym wypadku nie dostajemy standardowego samouczka, gdyż każdy rozdział kampanii jest tak naprawdę tutorialem do kolejnego. Delikatnym utrudnieniem dla mnie był fakt, że instrukcja w wersji pdf nie zawiera wszystkich zasad, bo je dopiero odkrywamy i w fizycznym egzemplarzu doklejamy. A mam jakoś tak, że nie lubię tych instrukcji zawartych w wersjach cyfrowych – nie umiem tam szukać odpowiednich działów. Prawdopodobnie to kwestia uwielbienia dla papierowych instrukcji, które zwykle mają zbliżoną konstrukcję i jak człowiek przewertował ich w swoim życiu setki, to odnajduje się w nich jak wegetarianin w warzywniaku. Wybaczcie te porównania, po prostu jakoś tak mi pasują, a do wegetarian nic nie mam, moja dieta też jest mocno warzywna.

Po chwili obcowania z Charterstone w wersji cyfrowej odczułem, że ta gra polega głównie na mieleniu zasobów. Ale takim mocno podstawowym – wykładam meepla, zbieram 2 cegły, w następnej turze wykładam kolejnego meepla i wymieniam te cegły na coś innego. I tak w kółko, do spełnienia celów scenariusza. Po drodze pojawiają się nowe zasady, otwieramy skrzynki z nowymi kartami. I to jest element, który w fizycznym egzemplarzu prawdopodobnie daje największy fun. Niestety cyfrowo został trochę obdarty z tej magii odkrywania. Skrzynki co prawda otwieramy, jednak karty (i inne rzeczy) z nich pojawiają się jakoś tak automatycznie i są głównie kolejnym wpisem w kodeksie z zasadami. A przynajmniej tak to odczuwałem.

Gra wygląda przepięknie, zawdzięcza to głównie swojemu pierwowzorowi, na którym jest całkowicie wzorowana. Oczywiście postacie się delikatnie poruszają, co dodaje uroku. Interfejs jest wygodny, ikonografia czytelna. W tym aspekcie nie mam się do czego przyczepić.

Główny problem miałem z samą rozgrywką, która co prawda na początku wydawała mi się całkiem ciekawa, mimo że bardzo prosta w swoich założeniach. Po paru rozdziałach kampanii zaczęła być mocno powtarzalna, nawet pomimo ciągle dokładanych elementów z nowymi zasadami. A może właśnie przez nie? Dosyć szybko wszystko stało się mocno chaotyczne, nowe skrzynie były otwierane co chwilę, a jeszcze nie do końca nauczyłem się, jak działały poprzednie rzeczy. To wszystko sprawiło, że nie dokończyłem całej kampanii.

Nie polecam zatem tej gry osobom, które w planszowy pierwowzór nie grały. A co z tymi co już zagrali? Nie wiem, bo do nich nie należę. Mogę się tylko domyślać, że jeśli im się podobało i chcieliby spróbować jeszcze raz, a nie chcą się bawić w recharge packi, to może być całkiem ciekawa propozycja.

Komentarze
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Chcesz więcej?