Parę osób pewnie się właśnie zastanawia co to za dziwny neologizm w tytule, a parę kolejnych wspomina z łezką w oku w miarę regularny cykl postów pojawiających się na moim fanpage na FB. Sprawdziłem – ostatni taki wpis pojawił się ponad 1,5 roku temu. Wiadomo jak to jest, raz coś się przesunie, potem coraz trudniej się zebrać, aż w końcu już nie ma co nadrabiać.

Postanowiłem jednak ów cykl przywrócić w nieco zmienionej formie. Postaram się na początku każdego miesiąca zbiorczo podsumować poprzedni wraz z krótkim (lub dłuższym, bo co mi szkodzi) komentarzem na temat każdej (lub większości) z zagranych gier. Mogą pojawić się także jakieś historie wokół tych gier, niezwiązane z nimi bezpośrednio – niestety nie mam na to wpływu, samo się pisze 😉

Być może wybrałem sobie nienajlepszy moment na rozpoczęcie takiego przedsięwzięcia, bo ostatni miesiąc nie był zbyt intensywny pod względem grania (własny ślub, wyjazdy,  nadrabianie pracy), ale uznałem, że jak w sporcie – potrzebna jest rozgrzewka.

Terraformacja Marsa

Zaczynamy wysoko, bo na 6 miejscu rankingu BGG. W Terraformację pierwszy raz zagrałem już dawno temu i gdybym miał wtedy sobie ustawić z nią status na FB, to brzmiały on to skomplikowane. Byłem zagorzałym hejterem kosmicznych tematów (nadal nie mam zbyt wielu takich gier, chociaż patrzę na nie już dużo przychylniejszym wzrokiem), totalny miszmasz zdjęć i grafik na kartach drapał po oczach (te wszechobecne tanie gradienty), a czas rozgrywki rozciągał się jak ręka Michaela Jordana w Kosmicznym meczu.

Zagrałem wtedy 2 razy i uznałem, że akceptuję istnienie tej gry, ale nie muszę spoglądać w jej stronę tęsknym wzrokiem.

Potem pojawiła się reimplementacja z podtytułem Ekspedycja Ares, która miała destylować wszystko, co dobre w Terraformacji Marsa i zamykać rozgrywkę w 60 minutach, a zarazem zdecydowanie wygładzać styl graficzny. I zasadniczo to robiła, ale uświadomiła mi również, co mi się w jej starszej siostrze podobało, a czego tu zabrakło. W międzyczasie Epic Games Store rozdawał cyfrową adaptację TM i po zagraniu w tę wersję już wiedziałem, że na zbliżającym się Polskim MatHandlu, Terraformacja Marsa znajdzie się na mojej liście preferencji. Mało tego, udało mi się wymienić i otrzymałem praktycznie nieużywany i zakoszulkowany egzemplarz.

W samej grze lubię budowanie silniczka, rozstawianie się na planszy głównej i wyścig o tytuły. Lubię też fazę przychodu, bo dostaję wtedy zasoby, które mogę wydać, a mam świadomość, że otrzymuję je dzięki swoim wcześniejszym dobrym (zazwyczaj) decyzjom. Nie przeszkadza mi nikła interakcja, a czas trwania, no cóż, dobieram takie towarzystwo, żeby łatwiej to znosić 😉

Aktualnie w moim pudełku od podstawki leżą sobie już 3 dodatki (oczywiście, że z MatHandlu), jednak muszą poczekać na swoją kolej.

Zagrałem raz solo (nie, nie w tym miesiącu) – mamy tam ograniczoną liczbę rund, podczas których musimy samodzielnie sterraformować Marsa. Niby ok, ale odpada cała kwestia szukania punktów czy rozwoju w ich kierunku. Mam zamiar w najbliższym czasie przyjrzeć się fanowskiej automie pod nazwą MarsBot. I nie zawaham się jej opublikować po swojemu tutaj.

Terraformacja Marsa

Ostry Dyżur

Moja żona jest wykładowcą na uczelni medycznej, fanką serialu Grey’s anatomy, a w jej książkach to najlepiej jakby kogoś kroili. Gra na ten dzień była więc wybierana specjalnie pod nią. I zasadniczo chyba jej się podobało, chociaż zwykle przy grach real time czuje się przytłoczona. Ja mam podobnie (z tym przytłoczeniem, nie z uwielbieniem dla medycznych tematów) i tak naprawdę moje ruchy podczas rozgrywki wcale nie wskazywały na to, że trzeba działać szybko.

Gry rozgrywające się w czasie rzeczywistym traktuję bardziej jako ciekawostkę, bo żadna jeszcze mnie nie zachwyciła. Wręcz przeciwnie, większość z nich odrzuca, bo ja jednak lubię się zastanowić nad swoim ruchem, a nie biegać jak kurczak bez głowy. Swoją drogą, przy Ostrym Dyżurze faktycznie się biega wokół stołu.

Ostry Dyżur

Wiedźmin Stary Świat

W Stary Świat wszedłem all-in, bo po ogłoszeniu, że taka gra powstaje, postanowiłem sobie, że nie będę patrzył na koszty. Nie żałuję. Zagrałem już solo i na więcej osób, zarówno rywalizacyjnie, jak i kooperacyjnie. Wygląda to wszystko obłędnie, klimat kipi jak kolby płaskodenne z wywarami na stole alchemicznym, a historie i ich konsekwencje na kartach wydarzeń są napisane tak, że człowiekowi się przypomina zapach papieru książek z wydawnictwa SuperNOWA.

Mam jednak z tą grą jeden problem. Żeby w nią na spokojnie zagrać, to przydałoby się zarezerwować całą sobotę. Raz, że tłumaczenie trwa bardzo długo, pomimo ogólnej prostoty zasad. Dwa, to kwestia rozgrywania samych tur graczy, które ciągną się niemiłosiernie. Boję się do tego siadać w 4-5 osób. Jest tutaj też aspekt opieszałości – nikt nie idzie na potwora, bo sobie zwiedza lokacje, gra w kości itp. Albo wszyscy zbyt długo uznają, że są jeszcze za słabi. A to przecież trofea z potworów/wiedźminów powodują zakończenie gry.

Dwie partie przerwaliśmy w trakcie, uznając, że obniżymy trochę wymagania do zwycięstwa, bo najzwyczajniej kończył nam się dostępny czas. A pewnie tym mniej wkręconym w świat z sagi Sapkowskiego po prostu się dłużyło.

Na pewno gra zyska z czasem, bo gdy wszyscy będą już wiedzieli co robić i kiedy ruszyć do boju, to całość pójdzie sprawniej. Zwłaszcza, że system walki jest bardzo dobrze wymyślony. Tylko nie wiem czy jeszcze kogoś uda mi się po pierwszych dłużących się partiach na to namówić. Sam jednak rozłożę bardzo chętnie.

Wiedźmin Stary Świat

Podaj dalej

Głuchy telefon, ale z rysowaniem. Nie spodziewałem się, ale zabawa była przednia. I nawet nie wiem jak się tam liczy punkty, bo po prostu w 8 osób (w tym dzieci w wieku mniej więcej 6-12 lat) rysowaliśmy i sprawdzaliśmy co z tego wyjdzie. A wychodziły cuda.

Na początku dostajemy hasło, które musimy narysować (bądź nie, ale to już poboczna kwestia związana z odpowiednim przeliczeniem tur), a kolejna osoba zgaduje co widzi i zapisuje na kolejnej stronie. Jeszcze kolejna znowu rysuje to, co ta poprzednia napisała, nie widząc pierwszego rysunku. I tak dalej na zmianę, aż nasz notatnik nie wróci do nas. I wtedy zaczyna się cała zabawa. Nieraz z ogórka wychodził salon fryzjerski, a pizza stawała się plutonem. Świetne, ale lepiej w więcej osób, niż w mniej.

Podaj dalej

Daj namiar

Skojarzeniowa kooperacja działająca dobrze już od 2 osób? Proszę bardzo! Daj namiar kupiłem na rebelowym Uszku (produkty uszkodzone) i mam przez to nieznacznie zgnieciony róg pudełka. Niektórzy dostaliby pewnie zawału, ale ja wychodzę z założenia, że gra się zawartością.

Bardzo sprytny koncept podawania skojarzeń na przecięciu 2 słów, niekiedy pary są absurdalne, a niekiedy oczywiste. Siada w każdym gronie.

Daj namiar

Everdell

Jeśli chodzi o rzeczy totalnie niepotrzebne, to kartonowe drzewo w Everdell jest zaraz za kierunkowskazami w BMW. Zagrałem z nim tylko za pierwszym razem, za każdym kolejnym zostawało w pudełku, a i tak jest postrzępione na krawędziach.

W tym miesiącu wróciłem do tej gry po pewnym czasie i przypomniałem sobie jak mocno irytujący i zarazem satysfakcjonujący jest jej początek. Bo z jednej strony mamy na tyle ograniczone pole manewru, że na polach do wysyłania workerów zdobędziemy jakieś nikłe zasoby, które być może nie będą nam w stanie pokryć kosztu kart otrzymanych podczas przygotowania. Z drugiej jednak właśnie to znalezienie tych jakichkolwiek powiązań, które pozwolą stworzyć zalążek prężnie działającego w kolejnych porach roku silniczka, daje mi frajdę porównywalną z rozwiązywaniem całek na pierwszym roku studiów. Wiem, chore, ale serio miałem z tego przyjemność. Chociaż teraz już nie umiałbym pewnie rozwiązać chociażby najprostszej.

Wracając jednak do Everdell, ta gra ewoluuje u mnie z każdą partią. Najpierw szedłem mocno w produkcję, przez co kąpałem się w zasobach, a zarazem nie miałem już miejsca w mieście na karty punktujące. Później zaczynałem szukać tego złotego środka, by z czasem widzieć, że niektóre karty powstały nie tylko tak po prostu, ale z myślą o wykorzystaniu ich w połączeniu z konkretnymi innymi. Oczywiście można je zagrać w dowolnym momencie, ale są też momenty dla nich idealne.

Everdell

Mölkky

To jest dla mnie chyba największa niespodzianka. Słyszałem o tych fińskich kręglach już dawno temu, a odkąd mamy działkę ROD, uznałem, że warto je zdobyć. Jak to jednak zwykle bywa, przypominałem sobie o nich w momentach, w których nie bardzo mogłem je zamówić. A potem zapominałem.

Temat wrócił przy okazji naszego ślubu i jego plenerowej imprezy, na której chciałem mieć jakieś growe akcenty. I wtedy właśnie zamówiłem Mölkky, które cieszyło się zainteresowaniem przekraczającym moje przypuszczenia. Niektórzy rozgrywali całe partie (lub nawet kilka pod rząd), inni podchodzili rzucić sobie raz na próbę i szli dalej.

Zasady są banalnie proste. Układamy kołki ponumerowane od 1 do 12 w odległości 3-4 metrów od linii rzutu, potem po kolei rzucamy i sprawdzamy, co udało nam się przewrócić. Jeśli leży dokładnie 1 kołek, to zdobywamy tyle punktów, ile jest na nim napisane. Jeśli jednak przewrócimy więcej niż 1, to po prostu każdy przewrócony jest wart 1 punkt. I tak do 50, z tym, że jest tu mały haczyk. Ma to być równo 50 punktów, bo jeśli je przekroczymy, to spadamy do 25.

Graliśmy w Mölkky później na swojej działce, na wyjeździe nad jezioro i pewnie będziemy zabierać je wszędzie, gdzie będzie kawałek trawy.

Mölkky

PS. Grałem jeszcze w Ryki Afryki i Printing Press, ale o nich będzie osobny tekst.

Komentarze
Subscribe
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments