Znacie ten motyw z synem znajomych rodziców, do którego jesteśmy zawsze porównywani, bo ma lepsze oceny, lepiej się zachowuje i w ogóle potrafi oddychać pod wodą? Gra 7 Złotych Miast ma solidne podstawy, by czuć się podobnie, gdy wszyscy będą ją porównywać do Wyprawy do El Dorado.

7 złotych miast plansza

CO TU ROBIMY?

No bo nie dość, że opowiada o tej mniej znanej krainie, to jeszcze okazuje się, że przygody w niej tyle, co mięsa w parówkach. No i sam tytuł jakiś taki nietrafiony, bo nie dość, że mało w tej grze cyfry 7, to jeszcze zamiast jakichkolwiek miast mamy świątynię. Z 5 komnatami.

W grze 7 Złotych Miast w swojej turze wysyłamy do wspomnianej świątyni poszukiwaczy, by wynosili dla nas skarby. W praktyce wygląda to trochę tak, jakby tubylcy sami wynosili te skarby przed świątynię, a my je po kolei rozdzielamy na siebie wedle praw dżungli. Czyli im silniejszą ekipę wyślemy, tym łatwiej będzie nam się dopchać na początek kolejki. Co ciekawe, jeśli nie wyślemy nikogo, to i tak skarby do nas przyjdą, a dodatkowo zyskamy całą ekipę, która została wysłana wcześniej (lub jej proporcjonalną część, jeśli więcej osób zechce to zrobić). Poszukiwaczy wysyłamy w zamkniętej dłoni i odsłaniamy wszyscy jednocześnie.

Każda komnata określa zakres punktów możliwych do zdobycia za konkretne skarby, ale to my w trakcie rozgrywki ustalimy ostateczną wartość zrzucając skały i tym samym zakrywając te niechciane. 3 rodzaje skarbów punktują za każdy symbol, jaki posiadamy. Jest jeszcze złoty posążek (widoczny zresztą na okładce gry), za który punkty otrzyma jedynie osoba, która zebrała jego symboli najwięcej. Na podobnej zasadzie działają czaszki, tyle tylko, że punkty odejmują. W międzyczasie możemy jeszcze zdobywać karty totemów, które trochę modyfikują punktowanie poszczególnych symboli, anulują czaszki lub pozwalają przemieścić skały w komnatach.

Rozgrywka w 7 Złotych Miast zawsze trwa 8 rund, aż do wyczerpania całej talii kart. Na koniec oprócz wspomnianych wyżej punktów za symbole i karty totemów, doliczamy jeszcze 1 punkt za każdą parkę poszukiwaczy, którzy nam zostali.

7 złotych miast karty

JAK TO WYGLĄDA?

Polski wydawca tym razem w stosunku do oryginału zmienił jedynie pudełko, które zamiast świątyni na tle księżyca, ukazuje złoty posążek na tle z kart totemów. Patrząc na docelowych odbiorców, jest to bardzo dobra droga, bo okładka zdecydowanie bardziej przyciąga wzrok, a zestawienie kolorów idealnie ze sobą współgra.

Cała reszta, czyli plansza świątyni, karty, żetony skał i urocze małe meepelki, pozostały niezmienione. Wszystko jest w spójnym rysunkowym stylu. Dodatkowo w polskiej wersji otrzymujemy notes i ołówek, które przydają się przy okazji podliczania punktów. Ale nie tylko, bo zdarzyło się nam także w notesie suszyć kwiaty zebrane podczas długiego weekendu. Również działa.

7 złotych miast meeple

JAK MI SIĘ GRAŁO NA WIĘCEJ OSÓB?

Zacznijmy od tego, że mechanika licytacji jest dla mnie trochę jak spryskiwacz dla kotów. Zwykle uciekam na samo wspomnienie. Nie potrafię nic przewidzieć i zawsze wydam albo absurdalnie dużo zupełnie niepotrzebnie albo nadal dużo, ale za mało by wygrać. I tak dokładnie było w 1, 2 i 3 grze w 7 Złotych Miast. Później uznałem, że skoro intuicja mnie zawodzi, to muszę podejść do tego czysto matematycznie.

I chyba odkryłem swój sposób na czerpanie przyjemności z tego typu gier. Ale po kolei.

W pełnym, czteroosobowym składzie, każdy dostaje po jednej karcie. W 3 osoby również każdy dostaje po równo, a ostatnia karta wypada z gry. W parze z kolei otrzymamy po 2 karty, wybierane na zmianę. I przez to w różnych konfiguracjach będą to trochę inne gry.

Pomimo losowego wychodzenia kart do wzięcia i potencjalnej możliwości zupełnie równej czwórki, raczej będziemy otrzymywać karty o różnych wartościach. Jedynie proporcje tych świetnych i totalnie złych będą różne. Przy trójce graczy jest najmniejsze ryzyko, bo nawet będąc ostatnim, ta najgorsza ostatnia karta i tak wyleci. W duecie z kolei oprócz wzięcia tego ochłapu, będziemy jeszcze wcześniej mieć wybór z trzech. Tylko w czwórkę ciągłe bycie ostatnim może nam mocno nabrudzić.

Wracając do matematycznego podejścia, bardzo dobrze sprawdzało mi się ono w rozgrywce dwuosobowej i ten skład jest dla mnie w tym wypadku preferowany. Tak paradoksalnie, bo zwykle tego typu tytuły zdecydowanie lepiej działają na więcej osób. I być może dla osób lubujących się w blefowaniu i obstawianiu tak w istocie będzie. Ja jednak wolę większą kontrolę. Łatwiej było mi obliczać poszukiwaczy potrzebnych do zablokowania przeciwnika i oceniać opłacalność pasowania.

7 złotych miast pochodnia

Łatwiej było też korzystać z przywileju strażnika pochodni i kontrolować jego zdobywanie. A to ciekawa rola, bo pozwala wygrywać remisy, więc ponownie umiejętne wykorzystanie matematyki ma w tym aspekcie gry sprzymierzeńca. Bardzo podoba mi się też wybór pierwszego strażnika na początku gry – podrzucamy pochodnię i kogo wskaże jej trzonek, zostaje jej strażnikiem.

Plansza świątyni z motywem zasłaniania konkretnych wartości punktowych bardzo przypominała mi początek rozgrywki w karciankę Niet!, którą bardzo lubię. Tam jednak zasłaniając poszczególne pola gry, wiemy, co mamy na ręku. Tutaj na samym początku to jednak trochę loteria, bo często może się okazać, że nie planowaliśmy iść w zielone węże i zasłanialiśmy im wysokie punktowanie, a na koniec mamy ich najwięcej.

W rozpoznawaniu liczby symboli nie pomagają też same karty, które posiadają różne ich kombinacje, przez co nie ma jak układać je w zestawy, by wiedzieć ile czego się ma.

Pomocne w tym wszystkim bywają karty totemów, szczególnie pod koniec, gdy możemy dzięki nim podszlifować wartości punktowe przesuwając skały. Specyficzną kartą jest ta, kopiująca na koniec jedną z pozostałych. Oczywiście każdy wybiera ją jako pierwszą, bo pozwala na wykorzystanie najkorzystniejszego rozwiązania, gdy znamy już całą sytuację.

Karty totemów

JAK MI SIĘ GRAŁO SOLO?

Gra nie posiada wariantu jednoosobowego i raczej będzie o niego trudno, bo rozgrywka opiera się mocno na interakcji miedzy graczami.

7 Złotych Miast
wydawca: Nasza Księgarnia
wiek: 8+
liczba graczy: 2-4
czas gry: 20 min.
Ocena:

Musze przyznać, że pomimo negatywnego stosunku do głównej mechaniki, po kilku partiach zaczęło mi się grać całkiem przyjemnie. Nie jest to tytuł, który będę wyciągał przy każdej możliwej okazji, ale bardzo dobrze sprawdzi się jako filler w luźniejszej atmosferze.

Komentarze
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments