#WspółpracaReklamowa Grę otrzymałem od wydawnictwa Nasza Księgarnia. Nie ma to jednak żadnego wpływu na moją opinię.

Pamiętam jakby to było wczoraj. Mogliśmy się czuć trochę jak wioska Galów, która opiera się atakom groźnego wirusa i gdy słychać o kolejnych przypadkach na świecie, my bronimy swoich granic przed tym niepożądanym gościem. Aż pojawił się on – Pacjent Zero, czyli pan Mieczysław z Cybinki w woj. Lubuskim.

Pacjent zero

CO ROBIMY W GRZE PACJENT ZERO?

Po roku od jego pojawienia się w świadomości Polaków, był o mało co celebrytą. Przyszły wywiady w poważnych portalach, być może wizyty w zakładach pracy…

I właśnie taki pan Mieczysław jest w domyśle bohaterem gry Pacjent Zero, w której wcielamy się w laboratoria próbujące odnaleźć 3 molekuły pomocne w opracowaniu antidotum dla niego i być może całego świata.

Do dyspozycji mamy całą gamę specjalistycznych narzędzi, które mogą nas nieco przybliżyć do rozwiązania. W swojej turze każde laboratorium wybiera jedno z nich, a komputer, zwany Marią (na cześć Marii Skłodowskiej-Curie), wypluwa odpowiedź, która może nam wyeliminować mniej lub więcej dostępnych molekuł. Gdy jesteśmy już pewni rozwiązania, zagrywamy antidotum i wskazujemy 3 wydedukowane cząsteczki. Jeśli są prawidłowe, to wygrywamy.

Pacjent zero konsola

JAK WYGLĄDA PACJENT ZERO?

Wydawnictwo Nasza Księgarnia tym razem wyjątkowo nie zdecydowało się na nowe ilustracje. A niestety wygląd na pewno nie jest mocną stroną gry Pacjent Zero. Na okładce widzimy dziwną scenę, w której dwie osoby w kombinezonach, stojąc na jakimś pustkowiu, patrzą na chmurę kolorowych kształtów nad nimi. Do tego te kształty świecą. Dosyć niepokojące. Ale być może ma to nas wprowadzić w stan napięcia podczas samej rozgrywki.

W środku jest minimalnie lepiej, bo grafiki na kartach przedstawiających narzędzia i zakłócenia są minimalistycznie estetyczne, chociaż efekt posteryzacji, przy zastosowaniu raczej bladych odcieni, nie dodaje im charakteru.

Zdecydowanie najlepiej wyglądają arkusze graczy, zwane konsolami badawczymi. Nie to, że urzekają swoim pięknem. Na początku nawet wydają się strasznie napaćkane. Z czasem jednak okazują się całkiem czytelne i przydatne. Szczególnie dzięki nazwom narzędzi nad miejscem, gdzie zaznaczamy odpowiedź z takowego. Pomaga to zdecydowanie szybciej wybrać potrzebną kartę. Zwłaszcza na początku, bo narzędzi jest mnóstwo, a ich nazwy nie mówią zbyt wiele. Na kartach też nie ma ikonek sugerujących ich działanie.

Pacjent zero narzędzia

JAK MI SIĘ GRAŁO W GRĘ PACJENT ZERO?

Pudełko mówi nam, że możemy grać od 1 do 7 osób. W instrukcji główny wariant wspomina o 3 i więcej osobach. Dla mnie jest to gra dla 1-2 graczy.

Przede wszystkim, kluczową kwestią jest wspomniany wyżej komputer Maria. Może być on obsługiwany dwojako – przez aplikację lub jednego z graczy. Do aplikacji jeszcze wrócimy. Instrukcja sugeruje, by jednak był to dodatkowy gracz. Tylko kto na planszowym spotkaniu chce się dobrowolnie z niego wypisać? Raz się tak poświęciłem. Nie było to najciekawsze doświadczenie.

Nie wyobrażam sobie też, by w jedno laboratorium wcielało się 2 i więcej graczy. Głównie ze względu na potrzebę komunikacji, którą przez nieuwagę możemy bardzo pomóc przeciwnikom. Ślęczenie w dwójkę nad jedną kartką z notatkami również wydaje mi się bardziej uciążliwe niż pomocne.

Wracając do aplikacji. Napisać, że nie jest zbyt urodziwa, to nic nie napisać. W tle została wrzucona grafika o zbyt niskiej rozdzielczości, w związku z czym piksele aż wchodzą w oczy, by je wydłubać. Uproszczono w niej także wymyślne kształty molekuł do postaci ponumerowanych kwadratów w odpowiednim kolorze. Aż przypominają mi się wesołe czasy pierwszych lat studiów informatycznych i aplikacje pisane wówczas na zaliczenie przedmiotów. Słyszałem tez głosy, że mobilna wersja Marii lubi się zawiesić. Nie mogę tego jednak potwierdzić, gdyż mi się to ani razu nie przytrafiło. Być może miałem wielkie szczęście. Krążą też plotki, że wszelkie technologie działają lepiej (lub w ogóle działają), gdy jestem w pobliżu.

Granie z aplikacją jest obdarte z jakiejkolwiek interakcji. Każde laboratorium siedzi za swoją zasłonką i coś klika w telefonie. Do tego trzeba czekać, aż przeciwnik u siebie wszystko co trzeba wystuka. Z drugiej strony pozwala to na grę na odległość, co jest akurat plusem.

komputer  Maria

Jak zatem grać w grę Pacjent Zero? We dwie osoby w wariancie nazwanym w instrukcji Komputer się zepsuł. Szukamy wtedy różnych zestawów molekuł, a każdy wciela się w rolę komputera dla przeciwnika. Co prawda upraszcza to delikatnie poszukiwania, gdyż na starcie możemy wyeliminować już 3 cząsteczki. Wariant jest także podatny na kolejne przypadkowe uproszczenia, zatem ważne, by nasze konsole nadal były tajne, a podpowiedzi przekazywać werbalnie.

Odnalezienie odpowiedniego wariantu poprzez eliminację łączy się z samą rozgrywką, bo chodzi w niej właśnie o dedukcję. I ta dedukcja jest bardzo przyjemna. Chociaż trochę zbyt prosta, bo zwykle kończy się po ok. 5-7 rundach. Można od razu zagrać kolejną partię, jednak gra po paru rozgrywkach staje się powtarzalna. Wśród narzędzi są bowiem takie, które dają zdecydowanie więcej na początku. Kilka jest mocno sytuacyjnych, a niektórych ani razu nie użyłem.

Dla urozmaicenia rozgrywki można wprowadzić zakłócenia, jednak do gry wchodzi tylko 1 karta takiego wydarzenia. Może się okazać, że usunie ona jakieś ciekawe narzędzia, nakaże nam użycie konkretnych lub, o zgrozo, zabroni notować informacje na konsoli. Zdecydowanie nie jestem fanem tego typu urozmaiceń.

Temat laboratoriów dobrze spina się z mechaniką poszukiwania molekuł. Chociaż zasięgnąłem języka u mojej domowej naukowczyni, która z laboratorium ma do czynienia na co dzień. Dowiedziałem się, że założenie gry jest mocno uproszczone merytorycznie, a działanie narzędzi trudno odnieść do ich faktycznego przeznaczenia. Jedna i druga kwestia jest dla mnie zupełnie zrozumiała, gdyż zbytnie zapuszczenie się w naukowe rejony mogłoby mocno utrudnić wejście w rozgrywkę. Dostalibyśmy wtedy być może symulator laboratorium, a to już temat na inną grę.

Pacjent zero zakłócenia

JAK MI SIĘ GRAŁO W GRĘ PACJENT ZERO SOLO?

Gra Pacjent Zero w wariancie solo nie różni się zasadniczo od tego rozgrywanego w dwie osoby. Poza tym, że aplikacja jest niezbędna. Nadal jest to przyjemna łamigłówka i nadal trochę zbyt łatwa. Wszelkie wady i zalety trybu wieloosobowego mają zastosowanie i tutaj. Całość trwa dosłownie kilka minut, zatem zdecydowanie raz na jakiś czas chętnie wyciągnę sobie konsolę badawczą i w ramach krótkiej przerwy rozwiążę łamigłówkę. Tak dla relaksu.

Pacjent zero
autor: Cédric Martinez
ilustrator: Emiliano Ponzi
wydawca: Nasza Księgarnia
wiek: 10+
liczba graczy: 1-7
czas gry: 30 min.

Pacjent Zero to przyjemna, aczkolwiek trochę zbyt prosta gra dedukcyjna. Najlepiej sprawdza się w pojedynkę lub w parze. Temat sprytnie splata się z mechaniką, chociaż posiada sporo uproszczeń merytorycznych.

  • Przyjemna dedukcja
  • Temat pasujący do mechaniki
  • Trochę za prosta
  • Brzydka aplikacja
Komentarze
Subscribe
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments